Jesienna hipochondria

Nadeszła. Nieunikniona, niechciana, okropna, zimna, ciemna – jesień. Za oknami zrobiło się ponuro i dżdżyście, opaleniznę trzeba było schować pod rajstopy, spodnie i swetry, a dobry humor najlepiej głęboko do szafy, żeby dopasować się do otaczającej wszystko szarej rzeczywistości.

Ze smętna miną jak co roku czas ruszyć w kierat codzienności i uporać się z plagami, które przyszły wraz z jesienią – bakteriami, wirusami, grzybami i marudnymi pacjentami.

Co roku jest to samo – gdy tylko przekroczymy magiczną granicę końca lata zaczynają się nie tylko katary, bóle głowy, przeziębienia, zapalenia, ale – niekończąca się litania niezadowolenia. Pacjenci stają się bardziej wyczuleni na nasze niedociągnięcia, wrażliwi na punkcie swojego zdrowia i wymagający wobec terapii jakie im proponujemy. W szczególności hipochondrycy.

Czy to z powodu niekorzystnej aury, smutku i przygnębienia, a może po prostu z nudy, coraz więcej zdrowych pacjentów doszukuje się w sobie zaburzeń i schorzeń, których tak naprawdę nie ma. Liczba reklam, które bombardują nie tylko nazwami leków, ale też opisami chorób, zwiększona świadomość społeczna i podupadający wizerunek służby medycznej sprzyjają poszukiwaniom diagnoz na własną rękę. Wzrasta liczba pacjentów, którzy decydują się na samoleczenie wyimaginowanych zaburzeń. Zupełnie naturalne odstępstwa od normy, związane z fizjologią organizmu czy reakcją na zmianę temperatury otoczenia traktują jak objaw poważnej choroby. Takim osobom nie sposób wytłumaczyć prawdziwej przyczyny ich dolegliwości, jedynym rozwiązaniem jest zaproponowanie terapii i liczenie się z tym, że wrócą niezadowoleni z powodu braku skuteczności leczenia. Przyzwyczaiłam się już do tego, jednak ostatnio pacjenci przechodzą samych siebie.

całość

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *